28 gru 2009

THE BEST OF 2009: FUNKOFF


Skoro był już elokwentny J-son to musi się znaleźć mój równie wygadany przyjaciel Funkoff, druga część Strictly Business. Jarek zgodził się na przedstawienie swoich typów mijającego roku a zrobił to z przytupem i świetnym stylu. Funkoffa & J-sona kilka razy propsowałem już w tym roku, nie z niskiego nepotyzmu ale ze szczerej podjarki twórczością i działalnością chłopaków. Na Stare Milion FTW !!!!

Dokładnie tak jak rok temu przewidywali moi bliscy koledzy, ostatnie 12
miesięcy zdominowała muzyka house - w najróżniejszych, ale zazwyczaj
głębokich, odmianach. Nie żadne tam nu-disco jak chcieliby niektórzy, tyko
house. Czy to w postaci powolnych przeróbek starych utworów soulowych, czy
stechnicyzowanych "lokomotyw" pędzących z Berlina do Detroit, czy retro
stylizacji wypełnionych krótkimi riffami fortepianu, house ad 2009 czerpał
garściami z tego co wymyślono i przetestowano w światowych stolicach muzyki lata
temu i rozwijał te pomysły z dobrym skutkiem. Nie zamierzam jednak z
kronikarskiego obowiązku podawać długiej listy singli i labeli, które wymienić
w tym miejscu należy (MCDE, Running Back, TBD etc.). Takie listy,
podsumowujące "the sound of 2009" z łatwością znajdziecie tu i ówdzie w internecie
- choćby na Resident Advisor.

Maciej B. którego lubię i cenię poprosił jednak o moje zestawienie,
więc oto i one - bardzo subiektywne:

Wytwórnia roku to dla mnie bezapelacyjnie Claremont 56. Malutki brytyjski
label, będący oczkiem w głowie jego ojców-pasjonatów, podbił serca
melomanów i kolekcjonerów płyt na całym świecie. Choć wszędzie pieniądz
gorszy wypiera lepszy, panowie z małej brytyjskiej wioski (nazwa labelu to
adres Paula "Mudda" Murphy'ego) postawili na jakość przez duże Q. Drobiazgowa
dbałość o detale i estetyczną stonę limitowanych wydawnictw, mastering
jak spod igły, żelazna konsekwencja w doborze artystów i nagrań, zero
kompromisów - oto wszystkie elementy ichniej recepty na sukces. Do tego szeroka
paleta zainteresowań - w tegorocznym katalogu C56 znajdziemy zarówno
psych-rockowy singiel Holgera Czukaya z Can, garażowe nagrywki ludzi z Liquid
Liquid, muzykę relaksacyjna Beduinów mających słabość do disco rytmów
(Mudd & Ahmed Fakroun "Drago"), serię uber-sztosowych kompilacji "Originals" z
najlepszymi nagraniami pod słońcem jakich nikt nigdy nie słyszał czy też
kojący album "Le Suivant" szefów wytwórni. Na takie 
płyty nie żal wyrzucić plików ciężko zarobionych banknotów. To
dzięki Claremont 56 po raz pierwszy od 4 lat kupiłem CD.

Singiel roku - House of House - Rushin To Paradise (Walkin' These Streets)
// Rough Half (Don't Stop). Przewrotna nazwa duetu zapowiada wszystko: jedna
strona brzmi niby jak ibizowy hit, ale poddany wcześniej przeróbce
niespełnionego didżeja-amatora na kwasie. Ilość zmył i zagrywek na kontrze do
publiki w tym utworze przekracza unijne normy. A na sam koniec dostajemy
euforię jak z nielegalnego party w magazynie w Sheffield w 1994. Mniej zdolni
wykroiliby z tego kawałka 15 singli, a każdy i tak zabrzmiałby inaczej. Strona
B to z pozoru tylko numer, brzmiący jak odrzut z soundtracku do "Miami
Vice", ale jak się wsłuchać, to już potem nie da się go wyłączyć.
Całość trochę jak ostatni Tarantino - niby komiks dla dorosłych, ale z biglem, z
puszczonym okiem, z nieskrywanymi odniesieniami do klasyki ale jednak
głębszym podprogowym przekazem. Także za 5 lat włączysz z przyjemnością. 

Albumy roku - Lindstrom & Prins Thomas - II, Smith & Mudd - Le Suivant.
Gdyby Stanley Kubrick zekranizował serię Kajko i Kokosz, część pod tytułem
"W krainie borostworów" mogłaby zostać udźwiękowiona pierwsza płytą. Nie bójcie
się, jeśli "II" znuży odsłuchiwana w całości. Szum borów o 3 w nocy
też potrafi przytłoczyć. Ale w kategorii psychodelia ad 2009 ten album nie ma
sobie równych. "Le Suivant" to z kolei genialna muzyka relaksacyjna. Gdyby
Thievery Corporation dalej kąsali temat, przynajmniej w tym samym stopniu co
na pierwszej płycie, to nagrywaliby teraz, po kilkunastu latach
działalności, takie albumy. Ale nie nagrywają, więc ktoś musiał to zrobić za
nich. Włącz to pewnym gorącym popołudniem i zobacz sam/sama. Majstersztyk
easy listening. Chociaż niektórzy wolą łatkę "balearic". Ja nie - bo z
Balearami mam tyle co z mercedesami. Nie wiem, nie byłem. 

Debiut roku - Floating Points. W tym roku największe tabuny mrówek
przechodziły mi przez plecy właśnie przy nagraniach tego dziwaka z Londynu, co to
równą miłością darzy osiemnastowieczną operę jak i drum'n'bass, a
wyskoczył nagle i niespodziewanie, trafiając od razu na sam szczyt. Czy to
oparty na samplach z Sun Ra "For You", czy oparty na samplach odkurzacza "Vacuum Boogie" 
czy najbardziej hiciarski "Love Me Like This" dostarczały wzruszeń
największych i jako tło do wzruszeń innego rodzaju działały znakomicie.
Choć jeszcze za młody na Heroda, Pan Floating Points jak mało kto
rozumie, że w muzyce, zwłaszcza tej dens, chodzi o emocje, i dostarcza ich w
odpowiedniej dawce.

Jednak największymi bohaterami roku i tak pozostaną dla mnie Mark Seven
oraz Julien Love aka Kebabi Man. Za gust, selekcję, za elegancki styl, za
hobbystyczne, bezpretensjonalne podejście, za diggerską zajawkę, za poczucie
humoru i miłość do nienapuszonej zabawy, za umiejętności i wytrawne ucho
(uszy?), za dojrzałość i młodzieńczą werwę naraz. Za miksy - "A Salute To The Men Of Vauxhall" tego pierwszego czy "Jungle Kebabi" i "I've Been Drinkin" tego drugiego, które były moim soundtrackiem ostatniego lata, potem jesieni, teraz zimy i jeszcze długo się na topie utrzymają. Za składanki, takie jak "Originals vol. 2" gdzie posłuchałem kawałków z płyt, których nigdy nie dotknę. Za edity, takie jak 10 minutowa wersja "Living Together" Jackson 5, spowolniona przez Kebabimana o dobre 6-7 bpm, z wydłużonym w nieskończoność solem gitary i delikatnymi efektami. Bo żadna inna piosenka o miłości nie brzmi tak dobrze w autobusach nocnych. Za ogromną dawkę świeżych inspiracji i za lekcję jak należy grać i traktować muzykę sprzed lat w 2009 tym dwóm Panom ze Szwecji i Australii serdecznie dziękuję.

9 komentarzy:

Tycjan pisze...

Heloł Panowie Bisti & Funkoff,

Kieruję pod Waszym adresem słowa najwyższego uznania - nie wiem tylko, czy w adekwatnym do tego rodzaju wynurzeń miejscu, czyli pod artykułem podsumowującym wydarzenia muzyczne roku 2009 - za niebanalny styl, lekkie pióra (a raczej kejbordy ;) ) i przede wszystkim oddanie się niszowej tematyce muzycznej.

Trafiłem tu przez przypadek - choć podobno z nich właśnie składa się nasze życie - i pewnie pomnknąłbym dalej, ale moją uwagę przykuł znajomo brzmiący pseudonim FUNKOFF (przewrotnie powiem, że powinien brzmieć FUNKON).
No właśnie skojarzył mi się z artystycznym pseudo autora mega-interesującego, lecz niestety martwego bloga: http://disco-city.blogspot.com.

Wielka szkoda, że autor zrezygnował z dokumentowania swoich fascynacji muzycznych okraszonych muzyką i atrakcyjnie spisanymi obserwacjami otaczającej go rzeczywistości.
Pamiętam, że poza oczywiście tematami stricte muzycznymi, do gustu bardzo mi przypadły lekko i zgrabnie wynotowane przypadki dnia codziennego, dygresje oraz reminiscencje autora sięgające czasów PRL'u.

To był blog na najwyższym poziomie, ale od razu spieszę dodać, że miejsce, gdzie umieszczam ten komentarz, to równie "wypasiony" muzycznie i literacko BLOG :) !!!


Pozdrawia i życzy sukcesów,

Dinozaur z epoki Kapitana Żbika i załogi G ;)
a tak poza tym wielbiciel house (deep, soulful, disco, funky, latino, Chicago & New York old school) oraz klasycznego disco i funky

Bisti pisze...

dziekuje w imieniu swoim i autora. obaj staramy sie trzymac poziom a kazda pozytywna opinia jest miodem na nasze serca. co do bloga disco-city - byc moze "to jeszcze nie koniec" cytujac tedego...pozdrawiam

Tycjan pisze...

Witam,
Czytam sobie te Wasze podsumowania i zaintrygowała mnie wysoko oceniona przez Funkoff'a EP'ka HOUSE OF HOUSE - Rushing to paradise 12".
Ponieważ winylami przestałem się zajmować lata temu, zachęcony brzmieniem sampli postanowiłem na Juno "zanabyć" digital version i niestety spotkało mnie małe rozczarowanie, otóż label HOH oferuje wyłącznie postać analogową.
To ci panie ortodoksja. Aż się zasmuciłem, bo traczki są naprawdę przednie.

Mości Panowie, czy dałoby radę zripować tego winylka (np. 320 kbps mp3) i wrzucić pliki wynikowe na jakiegoś hosta.
Zamiast do kieszeni Juno chętnie wpłacę równowartość tego materiału muzycznego + rekompensatę za trud ripowania na jakiś cel dobroczynny,
może macie jakies konkretne konto i propozycję wysokości wpłaty ;)

BTW.
Nie mogę się doczekać, kiedy na Juno pojawi się EP'ka Niko z numerem "Good old days", na chmurce jest wzmianka, że pod koniec roku,
ale mam wrażenie, że jeszcze się nie ukazała. Może macie jakieś pewniejsze informacje.

Pozdrawiam,
Tycjan

Bisti pisze...

musze sie przyznac do ustawicznego piracenia emeptrzy, gdyz rowniez lata temu pozbylem sie wszystkich woskow. moge ci dac house of house, wyslij jeno swego mejla.moze zdaze przed sylwestrem.

Tycjan pisze...

he, he, he ... a pokaż mi takiego, kto w dzisiejszych czasach namiętnie interesujący się muzyką klubową/taneczną i uczciwie zarabiający na życie nie grzeszy w ten sposób ;)

Mój email jest taki jak moje - zresztą prawdziwe - drugie imię, którym podpisuję się na tym blogu, a dalej standardowo @gmail.com

A korzystając z okazji, życzę Tobie i współpracującej z Tobą Załodze zdrówka, a zaraz po nim ogromu estetyczno-kulturalnych przeżyć w nadchodzącym roku, .... no i kasy, aby było Cię stać na doznawanie tych przeżyć ;). I ogólnie wszystkiego najlepszego.

Tycjan

Bisti pisze...

poszło.

wspolpracujaca zaloga to ja sam we wlasnej osobie :-)

w kazdym razie dzieki wielkie i nawzajem

pozdrawiam

Niko pisze...

@tycjan
epka jeszcze nie wyszla, sa pewne opoznienia, jak bedzie w styczniu to dam znac. pzdr.

Tycjan pisze...

Okay Niko,

Będę zobowiązany za komunikat w tej sprawie :)

PS.
Przypuszczam, że to Abbey Road Studio przytrzymało Twój materiał na masteringu i stąd proces wydawniczy lekko się wydłużył??

Niko pisze...

@Tycjan
cos w tym stylu ;]